poniedziałek, 29 października 2012

Rozdział 5: Le Bush

Kiedy w końcu zgodziłam się z Charliem, że fajnie byłoby się utopić koło klifu z Le Bush, około godziny 28. po południu zadzwoniłam do Nike'a i powiedziałam:
- No cóż, to jadę.
Nike ryknął szaleńczym chichotem.
- Co jest? - zmarszczyłam czoło.
- Nic, nic. Okej, o 31:66 przyjedzie po ciebie moja mama, okej? - odparł Nike Tyson.
- No.
I tyle. Zadzwoniłam też do Edka, by go powiadomić, że jadę się zabić.
Zza firanki dobiegł mnie jakiś dźwięk, taki sam, jak dzwonek w telefonie Kuternogi.
- O kurczę!!! Zadzwoniła do mnie!
Zdumiałam się z komórką przy uchu.
- Cześć! - usłyszałam w komórce. - Co jest, Wello?
- Jadę do Le Bush - odrzekłam. - Co robisz za firanką?
- Za firanką? Za jaką firanką? To to nie są drzwi? Hmm.

***
Kontener Tyson w końcu przyjechała.
- NO! NARESZCIE! SPÓŹNIŁAŚ SIĘ O ĆWIERĆ POŁOWY PIKOSEKUNDY! - powitałam ją grzecznie.
Nie skomentowała tego.
Kontener od razu zawiozła mnie swoim gruchotem do Le Bush. No bo czymże było jej ferrari w porównaniu do chociażby trabanta?
- Cześć, Wello! - powitał mnie Nike. Tajemniczo się uśmiechał.
Obok niego, na przewalonej wykałaczce, siedział Papa Smerf Hardrockowiec i gapił się na swój tatuaż z różowym Słodkorożcem, a po jego drugiej stronie stał Różowy Koń.
- Witaj, ma zacna dziewojo, chętnie bym dla ciebie zagrał, albowiem cieszę się z twojej wizyty w naszym szlachetnym świecie, lecz brak mi mojego trójkąta... - zaczął Papa Smerf.
- Cześć, Wello, co tam u ciebie? - dociekał Różowy Koń.
- To moja Wella! - oburzył się Nike.
"Zatkaj się sianem, Nike", pomyślałam.
Po chwili Nike wyszedł sprzed ogniska, krztusząc się sianem.
- Isawella? Isawella Słoń? - zapytał jakiś murzyn z rezerwatu.
- A ty to kto? - warknęłam.
- E no, Isawello, to ja, Shakeob! Syn Willy'ego Łąki! - bronił się murzyn.
- Aha, cześć, Shake.
Shakeob zaproponował, byśmy poszli na spacer. Zgodziłam się, a jakże, no bo co, to w końcu kolega szefa mojego rodzica, czyż nie?
Kiedy znaleźliśmy się poza ogniskiem, Shake się ożywił.
- No, co tam u ciebie?
- Myślę, jak się zabić - odparłam.
- Aha. Trzymam kciuki.
- Dzięki.
- To Kuternodzy nie przyjechali? - zapytał Shakeob.
- No nie - rzekłam.
Booo kiedy Wella za Shake'a wyjdzie,
Edek Kuternoga na ślub nie przyjdzie.
Drużbą być nie chceee,
nie chce mu sięęę!!!  
- zanucił ponuro Papa Smerf, wyskakując zza krzaka. - Jej, ja to mam rytm.
- Weź, człeku, to jest, Smerfie, nie szalej - rzekł Mój Przyjaciel Murzyn.
- Młody człowieku, ty nic nie rozumiesz! - odrzekł Hardrockowiec.
- A co tu trzeba rozumieć?
- Grzybki Halucynki wymarły - powiedział grobowym tonem Papa Smerf.
- Buu. To koszmar!!! - zaryczałam.
- I ja popieram twój żal, ma zacna dziewojo.
I Shakeob wykopał go za krzaki.
- A dlaczego Edek nie przyjechał? - chciałam wiedzieć.
- No, gdyż to... Wello, chcesz usłyszeć STRASZNĄ BAŚŃ?!
- Baśń? No, lubię horrory, więc tak.
- Dawno, dawno temu, w Zasiedmiogórogrodzie, żyły sobie Muminki. I Wielki Muminek. Miał na imię Khaka-Taki. Na jego ziemiach pojawiła się istota brzydka, zimna i miękka jak jajko na miękko. Chciała, by Khaka-Taki go nie atakował. Był to Zimny Ufoludek. Zjadł wilkołaki, bo nim był Khaka-Taki Koniec! - powiedział zadowolony z siebie.
- Haha, straszne.
- No dobra, idziemy. W ognisko. A potem możesz iść popełnić samobójstwo. Pożyczę ci stryczek.
Kiedy znaleźliśmy się nad ogniskiem, Shake przyklęknął.
- Wello! Wyjdź za mnie - i zaraz podskoczył, bo klęknął na szpilce.
- No, to moja Wella! Wello, idziemy! - zawołał oburzony Nike i pociągnął mnie za rękę. Za wydmami stał Edek, DJ Zaspa, Czerwona Zebra i RicoZMadagaskaru (czytaj: Rico-Który-Jest-Szaleńcem-Który-Wypluwa-Tiry-I-Szpanuje-Chodzeniem-Z-Laleczką, czyli po prostu Rico).
- Niechaj nam wszystkim cośtam, cośtam. Zebraliśmy się tutaj, by połączyć, ple, ple, ple (czytaj: 6 godzin później). Isawello Słonico, czy zechcesz wyjść za Nike'a Tysona?
- NIE! NIGDY, PRZENIGDY WY MURZYNI! - wrzasnęłam.
- Rasistka - skomentował Shake.
- Ale dlaczego? - powiedział zasmucony pan młody.
- Młody człowieku, przecież widzisz, że ta zacna dziewoja nie chce za ciebie wyjść, albowiem jej szlachetne serce należy do kogoś innego - wyjaśnił znużonym i ponurym głosem Papa Smerf.
- Ależ, ona chce coś powiedzieć - zawołał różowo Różowy Koń.
- Tutututuu! - zanucił złowieszczym szeptem Rico.
- Ja chcę tylko oznajmić, że nie wyjdę za Nike'a, bo grzybki halucynki wymierają - pożaliłam się.
- Tutututuu!
- Nie wymierają! - uświadomiła mi dumna Czerwona Zebra.
- Spadaj, Przymiotniku! - warknął Shake. - Jeśli Wella nie wyjdzie za Tysona z powodu halucynków, to wymierają, bo Shakeob tak mówi!
Wyciągnął kanapkę z kaptura. Była... o nie, była z...
- GRZYBKI HALUCYNKI! MORDERCA GRZYBKÓW HALUCYNKÓW! - szczeknęłam.
I zemdlałam, ale to jest fajne!
- Tutututuu! - zawołał Rico.
- Uuu! Ile spałam? - zapytałam.
- SPAŁAM?! - zawołali wszyscy chórem.
- Noo. Śnił mi się pawian, który chciał, byłbym za niego wyszła. O, był podobny do ciebie - nieprzytomnie wskazałam na Nike'a.
- TUTUTUU! - zaryczał Rico.
- Rico, zamknij się - poprosiłam.
- Ale za to mi Nicklodeon zapłacił. Ćwiczę rolę. Okej? - wychrypiał niezrozumiale Pingwopodobnychrypacz.
- R i c o.  M ó w  w o l n i e j - rzekł Przymiotnik.
- Cwicę lolę - wytentegował Wymiotnik.
- A ma zacna osoba jest szlachetna i piękna - rzekł Hardrockowiec.
Ze względu na mnie pojechaliśmy już do domów, więc wsiadłam do auta Edka wraz z Papą Smerfem, Czerwoną Zebrą i Różowym Koniem.

***
- O, jesteś już Wells. Jak tam? - zapytał Charlie gdy wybiłam okno i wrzuciłam kamieni do garnka.
- A dobrze, spaliłam się a potem utopiłam... - zaczęłam wyliczać.
- Ojej, a ognisko nie ucierpiało? - zatroszczył się.
- Jesteś bardzo nadopiekuńczą mamą - skomentowałam. - Mama kwoka.
- Kokoko - zadowcipkował. - Spadaj do garów.
- Muuuszę?
- Tak. Sio.
Upiekłam kamieni, dodałam liścia i położyłam przed moją mamą na stole.
- Co to?! - zdziwił się Charlie.
- Ziemniaki by Słoniątko plus liść marynowany w błocie. Smacznego! - uśmiechnęłam się.
- Ale to trzeba przyprawić...
- No dobra - wkurzyłam się. Wzięłam talerz, wrzuciłam kamienie i liścia do garnka, dodałam żwir, ziemię i korę drzewa, pomieszałam, odtańczyłam taniec vodoo, odśpiewałam Bogurodzicę, zatańczyłam kankana i wymiksowałam. Oddałam Charliemu kolację.
- Enjoy!? - rzekłam wesoło.
- Eigentlish toll.
- To spoko. Bon Appetit.
- U, znaczy ruska kuchnia! - zawołał szczęśliwy.
- Czy ma zacna, aczkolwiek zasmucona, osoba, może zjeść z wami te zacne śniadanie? - zapytał Papa Smerf.
- Oczywiście!
DiDin! - zabuczał komputer. E-mail od Lenki!

Wello!
To miło, że zabiłaś krasnoludki, takie dziś kreatury chodzą po świecie... Kupiłam ci Bobivitę, wyślę ją e-mailem! (6 godzin później...) Jak było w Le Bush? Doprawdy, powinni wyciąć ten busz z powierzchni ziemi!
Lenka.

Nastukałam trochę w klawiaturę i wysłałam takiego e-maila:

Tato!
To są lasy tropikalne.
Wellinka. 



sobota, 27 października 2012

Rozdział 4: Teorie

Brak weny to moje drugie imię. Pseplasam D:
***

Edek następnego dnia wziął mnie na przejażdżkę do Transylwanii.
- No, to kim jesteś?
- Wypchaj się sokiem burakowym, Wello - rzekł uprzejmie.
Obrażonym wzrokiem przeniosłam wzrok na stumetrową choinkę, którą podniósł metrowy olbrzym.
- Fantastyczna kraina, nieprawdaż? - zapytałam, wskazując na sześciometrowego karła.
A Edzio wziął sok burakowy i wepchnął mi go do gardła. Smakował... cytrynowo.
- To kraina jedno i słodkorożców - warknął.
- Aha! A co to jedno?
I wyleciałam do wulkanu. Jadąc dalej z Edkiem samochodem, zauważyłam różowego konia.
- Cześć - powiedział. - Jestem metamorfomagiem i usnąłem sobie na ziarnku grochu - pochwalił się różowy koń.
- Cześć, brzydki zadzie konia.
- Czemu jesteś taka niemiła?! - uraził się różowy koń. - Ja jestem miły - rzekł różowy koń. - I nie powtarzaj ciągle czytelnikom "różowy koń". Zastąp to epitetem "różowy koń". Jestem kucykiem My Little Pony i jestem różowym koniem - powiedział Różowy Koń.
Westchnęłam i wzięłam Edka do ręki.
- Zostaw mnie! - zawołał i uderzył różowego konia Różową Fabryką Różowych Słodkorożców.
Papa Smerf wyskoczył nagle zza krzaków.
Hej, smarkacze, jeśli chcecie, zwiedzić muminków świat, na słodkorożca dziś zapraszam was! I se tam iPod'y włączcie, gaz podkręćcie i polejcie, benzyną jak to tutaj jeest! Uwaga, smarkule, zbliża się niebezpieczeństwo! Kryjcie się, bo to...MUMINEK! Kto się boi Papy Smerfa, niechaj zaraz idzie cośtam..., bo to lekarstwo dla tych, co nie lubią spać.
- Nikt cię tu nie potrzebuje, Papo Smerfie - zauważył Różowy Koń. Wytrzeszczyłam oczy.
- Edek, znasz to coś?
- To różowe w niebieskie kropki? A skądże.
- Mówicie o moim zadzie!? - obruszył się Różowy Koń. - To smerfastyczna wysypka.
Rzuciłam mu piorunujące spojrzenie, i Koń się zatkał litrem siana.
- Ojej, Wello. Mówi się kilogramem! Kilogramem soku burakowego! - rzekł Edek. Zerknęłam na niego przerażona.
- Czytasz mi w myślach?!
- Ojej, Wello, ty nic nie rozumiesz. Ty jesteś wyjątkiem i tobie nie potrafię - pouczył mnie.
- Aha. No dobra. No trudno.
- A co, chciałabyś?
- Nie.
- Aha.
Fajna rozmowa.
- Ej, a wiecie że znam takiego jednego chrapaka skrętokiszkowatego?! - krzyknął Różowy Koń.
- Mówi się chrapaka krętorogiego - warknął Papa Smerf.
- Bronię teorii Ronalda Gwizleja - obruszył się Różowy Koń.
- Wello, gdzie mój samochód? - zapytał Edek.
- Na suficie - powiedziałam i wskazałam na słońce.
- Tralalala - zanucił Papa Smerf. - Jestem muzykiem hardrockowym.
No i faktycznie na takiego wyglądał.
Miał niebieską skórę z różowymi kropkami, tatuaż ze słodkorożcem na ramieniu, pieszczochy na nadgarstkach i obrożę na szyi. Ze ćwiekami. Nosił czarne spodnie w czerwone serduszka i czapeczkę tego samego koloru.
- Wow - skomentował Edek. - Ale ja i Wella musimy już iść gdyż nasz wózek czeka.
- Jaki wózek? - uniosłam brew. Edek pokazał mi wózek, w którym byłam wożona jako dzieciaczek.
- O, nie! Ja i pan Hardrockowiec idziemy z wami - zaprotestował Różowy Koń.
- Ej, skąd wiedziałeś, jak mam na nazwisko?! - warknął Papa Smerf. - Życie me jest bezsensowne, albowiem ty mi je rujnujesz, mój mały nieprzyjacielu!
I dał mu z kopyta.
Tymczasem Edek zapakował nas do wózka, to jest to naszej bryki.
- Pożyczę ci ją na ślub - obiecał.
- Jaki ślub?
- No, twój z Nike'em! Przecież mówi, że poprosiłaś go o nogę...
- Nieprawda! Skąpisz tylko sobie i DJ Zaspie - oskarżyłam go.
- Nieprawda...
I pojechaliśmy wesoło w rytm hardrockowych pojękiwań pana Hardrockowca.

***
- No, więc zostałeś porzucony przez swoją mamę... ple, ple, ple (czytaj: 5 godzin później). Późnej Dr Oetker stworzył z ciebie bezmyślnego wampira! - powiedziałam.
- Skąd to wiesz? - zapytał Edek.
- Z blogu Stephanie Meyer, a skąd? Tylko kto to ta cała Bella?
- Nieprawda to. Kłamstwo. Oszczerstwo. Rujnujesz mą reputację. Jestem BARDZO BEZMYŚLNY, kupo sadła.
- Nie martw się, ma szlachetna przyjaciółko, gdyż ten kłamliwy robal mówi oszczerstwa. Twój przyjaciel Shakeob potwierdzi te teorie - rzekł pocieszająco Papa Smerf.
- Aha, a potem zamieszkacie w krainie Słodkorożców! - dodał Różowy Koń.
- Szczęśliwie nieszczęśliwe zakończenie - rzekł znów Hardrockowiec.
- Co to za różowe kropki na twym ciele, Dziworockowcu?! - zapytał zgryźliwie Różowy Koń.
- Rasista wstrętny, oto, co przejawia Pismo.
- A więc ugryzł cię Słodkorożec - osądziłam Edka.
DRYŃ, DRYŃ, DRYŃ!
Zadzwonił telefon Edka.
- O, to DJ Zaspa!
- Ach, daj na głośnik - poprosiłam.
- Czeeeść, Edeeek. Cooo tam u ciebieee? Mam pilną sprawę, słuchaj, przygotowania do ślubu zostały zakończone.
- Bierzesz ślub z Edkiem?! - zapytałam zdumiona Zaspę.
- Kto tam?
- Puk, puk nie było - oburzył się Różowy Koń. Zignorowałam go.
- Wella Wściekła, do usług.
- Wella!? Ty nie na ślubie?!
- Czyim?
- No, twooooimm! - wyjaśnił Jazz.
"Z kim?", pomyślałam, i to samo rzekłam na głos.
- Z Nike'em Tysonem. Aha, Nike dodaje: AVE FIRMIE NIKE! Na ślub! I zmień status na Facebook'u. Z "wolny" na "w związku".
- Zawodowym?
- Nie, z Nike'em!
Rzuciłam telefonem Edka o Edka. Roztrzaskał się.
- Ej, to kosztowało aż 2 grosze! - krzyknął zły Edek.
- Ta dziewoja ma prawo protestować, młody maminsynku matki muminka. Jak mogłeś przygotować ślub bez jej wiedzy? - zaoponował Papa Smerf.
- No smerfastycznie. Hardrockowiec znów mnie wyprzedził - westchnął Różowy Koń i siorbnął koktajl ze Smerfów.

czwartek, 25 października 2012

Rozdział 3: Grupy krwi.

Kochanemu Odi'emu, mojemu ulubionemu psiemu kumplowi, za to, że jest, wspiera mnie i rozbawia do łez. Kocham Cię, Odisiu ♥

   Nic się nie działo... nic... - to sobie wmawiałam od rana. Nawet nie musiałam, nic się nie działo. No oprócz tego, że: Nike mi się oświadczył po raz 100 i chce to uczcić, oświadczając się w kawiarenkach.
   Muller Krowa męczył mnie, czy pocałuję go na wybaczenie.
   Jessica Alba była zazdrosna, że Nike to MI się oświadcza.
   Mela Web i Eryk pisali historię mojego życia, podczas gdy Edek mnie ignorował. Lenka dowiedziała się o wypadku i przysłała mi maila.

Wello!
Czy wszystko gra? Nie? To w porządku! Mam nadzieję, że Cię bolało! Moja krew. Lenka.

Odpisałam jej następująco:

Hej, mamo!
Nic mi nie jest ;) Wiem, że cię to przeraża, ale nic mi się nie stało! Wella.

Pewnie Charlie jej wszystko powiedział...
   Teraz chłopacy łażą za mną jak psy. Nike, na przykład, zaprosił mnie na jeden ze szkolnych bali. W jego lad poszedł Krowa (a może poszła?), Eryk i Haustin Larks. Do tego planowali wyjazd nad morze w Le Bush.
   -Musisz tam iść! Będzie nasz ślub, i pocałujesz mnie... - gadał Nike Tyson. Dałam mu w twarz i z morderczą miną powiedziałam:
   -Chętnie...
   -Ach! To cudownie, to wspaniale! - zawył.
   -Ale nie z tobą - dokończyłam. Uśmiechnął się i poszedł rysować zaproszenie na ślub.
   Edek i Kosiarz... A, przepraszam, tak mówią na nią tylko przyjaciele, KOSIARKA, przyglądali się tej scenie z mrocznym uśmiechem. Brzydula popatrzyła na Nike'a z nożami w oczach. No tak, jeśli ma ostrze w oczach, to łatwo kosi trawę... Na lekcji matematyki omawialiśmy sprawę wyjazdu do Le Bush, którą organizowała Kontener Tyson ze synem, Nike'm oczywiście. Mela przysiadła się do stolika Lenia Honey'a, i to dosłownie, bo aż się rozpadł.
   -Wello, nie chcę o tym gadać - warczał Kuternoga za każdym razem, gdy go spytałam, dlaczego nie chce pić soku malinowego. Odmawiałam chłopakom zapraszającym mnie na różne bale, dawając im kosza w kolorze pomarańczowym w białe kropki. Mell i Jess zaprosiły mnie na wybór sukienek do Kupon Angeli.
   Przed pierwszą lekcją dowiedziałam się, że Edek chce iść na wagary.
   -Czasem trza odpocząć od lekcji - powiedział, uśmiechając się.
   Biologia, o zgrozo, znów była moją pierwszą lekcją. Pan Lament czekał na mnie ze stoperem, a potem oświadczył, że pobiłam Rekord Guinessa, ponieważ spóźniłam się o ćwierć milisekundy na lekcję.
   Nike siedział, spoglądając na mnie z szerokim uśmiechem. Przez 1 setną ćwierci ćwiartki milisekundy wydawało mi się, że widziałam długie do ziemi brodawki. Wytrzeszczyłam oczy, aż mi wypadły. Podniosłam je i wetknęłam we właściwe miejsca. Pamiętając o tym, że już raz się obluzowały, i że mogą to jeszcze raz zrobić, rozdziawiłam usta.
   -Wello - skarcił mnie Tyson. - Muchy ci wlecą do ust.
   Zrozumiałam, o co mu chodzi, i, zielona na twarzy, zamknęłam wargi. Gdy tylko jedna warga zetknęła się z moją drugą wargą, usłyszałam lament pana Lamenta. Wykuł igłą na twarzy Nike'a napis: "Lamenty są fajne!", a z tego napisu pobrał strużkę krwi.
   -Pomyślałem, że skoro grasują tu mordercy żądni waszej krwi, lepiej im powiedzieć, jaką grupę mieliście - wyjaśnił.
   -Ale ja znaaam swą grupę krwiii - zaryczałam. - To LHK AGIWG FA+ minus cośtam. NIEDOBRZE MI, okeej?
   -Panie Tyson! Proszę zawieźć pannę Słoń do psychiatryka, jest na 111 piętrze - zawołał Lament. Zemdlałam. Chyba... Ale wszystko czułam i słyszałam.
   Poczułam spocone dłonie Tysona pod pachami, jak tarzał mnie po podłodze. Nagle coś z marmuru zderzyło się z nami. Kuternoga. Zdenerwowany, odepchnął Nike'a i wziął mnie na barana.
   -Ale... - protestował Nike.
   -Ale to ja ją zaniosę - odciął się Edek i poszedł do pani Cofe. Od razu wiedziała, co zrobić... A potem Eduś zwolnił mnie z WF'u i siedzieliśmy w jego aucie.
   -Opowiedz mi coś o sobie - szepnęłam. -Kim jesteś? Nie mogłeś tu tak szybko dotrzeć, nie mogłeś odepchnąć piórka...
   -Nie. Powiedz swoje sugestie.
   -Ugryzł Cię radioaktywny pająk.
   -Nie - powiedział, i wtedy zamachnęłam się tostem.
   -UGRYZŁ! UGRYZŁ I JUŻ - wykrzyknęłam.
   -Nie! - wrzasnął. - Nie rzucaj we mnie gorącym, wiedźmo!!! Tylko nie GORĄCYM! - a potem wyciągnął fabrykę firmy Wella i wrzucił mi ją za kołnierz. Ale, widząc, że nie działa na mnie, zmienił napis na niej z "Wella" na "Fabryka czekolady Willy'ego Łąki".
   Wtedy zawołałam:
   - Charlie!!! Nie, zatrujesz się!
   Wyciągnęłam kawałek patyka z nosa trolla.
   - Accio Charlie. I fabryka też.
   I wtenczas poczułam coś na twarzy. Edek uderzył mnie prawym sierpowym i złapał tę fabrykę (ale jak ona się zmieściła w szkole? No nie wiem). A Charliego zostawił na pastwę orki, to jest pani Cafe.
   Szczęka mi wypadła z nawiasów.

***
   Trafiłam do Dr Oetkera, który poczęstował mnie Kaczorem Donaldem nadziewanym Dosią.
   Zemdlałam.

***
   Din, din!
   Zabuczał mi komputer.
   E-mail od Lenki.
   "No fajnie, Lenka, co tam nowego? Feel znowu złamał 50 żeber, aha, u kaloryfera!", pomyślałam.
   Wbiłam wzrok w ekran monitora..

Wello!
Bla, bla, bla. A to tylko po to, by zapełnić wiadomość. Niech czytelnicy myślą, że  coś się dzieje, no nie? Odpowiadam przecież za twój niewerbalny przekaz. Wplątałaś mnie w to. A co to niewerbalny przekaz? To jakaś choroba? Słuchaj, moje (nie)kochane dzieciątko. Masz jutro pocałować Edka Kuternogę. Czytałam to w książce "Zmierzch" autorstwa Stephanie Meyer! Polecam! :D
Lenka.
   Fajnie.