czwartek, 8 marca 2012

Rozdział 2: Niesamowite nieodepchnięcie piórka

   Dla grzybków halucynków, które na zawsze przywracają mi humor, nie mówiąc już o czymś tam :*

    Następny dzień też nie był jakiś superowy... Tylko spadłam z 10 piętra i utopiłam się w wannie, nic a nic nowego. Spakowałam się znów w plecaczek z Barbie, który dostałam od Charliego. Spał tak słodko... Tylko strasznie ślinił kciuka, więc dałam mu różowy smoczek. Gdyby nie to, że ze szkoły słychać jego chrapanie, to pomyślałabym, że jednak zjadł ten nieszczęsny makaron z wczoraj. Na śniadanie wzięłam mleko matki od Bobovity, czy jak to się pisze, a do szkoły spakowałam parę rzeczy z firmy BoboFrut.

***
   Dzień był dość pochmurny na płacz i zbyt słoneczny na płacz... Chwila! Coś chyba pomyliłam! Nieważne.
   Parking był już zapełniony autami, tak że auto Eryka NewYorka wywaliłam do stawu, bym miała miejsce na moją gablotę. Zauważyłam, że Kuternogowie i państwo Hallo już sobie poszło na lekcję. Z tego co pamiętałam, a mam świetną pamięć... Chwila, który dzisiaj jest? Hmm... To biologię, moją setną lekcję w ty dniu w sali 10 tysięcy 2 miałam z Edkiem Kuternogą i Jessicą Albą.
   Jess caluśki czas gadała jak podpisuje autografy na papierze toaletowym.
   Nauczyciel spojrzał na nas surowo, bo, jak zwykle bywa w książkach, spóźniłam się na autobus. To znaczy... Nieważne... W ławce 9 kilometrów od tablicy siedział Edek. Ciekawe dlaczego tak blisko, bo przecież w klasie jest nas zaledwie 20. No tak, ale to była pierwsza ławka. Z uśmiechem przywołał mnie do siebie.
   Jessica spojrzała na mnie jak na ufoludka dużymi oczami mówiącymi: "To do Ciebie? Gustu nie ma".
   -Dzisiaj będziemy namierzać... Eee... A tak! Cykl komórkowy! Kto nie ma pary? Ach, Tyson, idź do Albanii... Eee... Alby. Kuternoga! Wprowadź Słonia do klatki... tematu - zagrzmiał nauczyciel.
   -Panie profesorze, ja już to przerabiałam...
   -Nie przeszkadzaj mu - upomniał mnie Edek. -To anafaza - oświadczył, spoglądając w teleskop.
   -Pozwolisz, że nie sprawdzę?
   -Jasne - powiedział. Spojrzałam w teleskop.
   -Anafaza - przyznałam. -A to metafaza - dodałam dumna z siebie. Nie sprawdził tego, ale przyznał mi rację.
   Potem on ustalił interfazę a ja pełnię księżyca i nów. Wychodząc z klasy jeszcze długo rozmawialiśmy, podczas gdy Nike planował nasz ślub. To znaczy Nike'a i mój.
   No i znowu, jak w każdym wypadku, parking był pełny. Muller Krowa stał parę ciężarówek dalej, popijając mullernik waniliowy, a tysiąc kilometrów dalej frugo popijał nie kto inny, jak... Różowa Pantera!
   Piła różowy napój firmy frugo, na nogach miała balerinki... A może glany?
   Pakując plecak do mojego wozu strażackiego... A może na odwrót? No, w każdym razie coś spakowałam do czegoś, nie zauważając Mullera, który skończył pić i wsiadł do ciężarówki po (pijaku). Wjechał we mnie, bo gdzieś wyczytał, że to musi zrobić!
   Następnie z tego, co nie pamiętam, Edek Kutek skoczył ku mnie i odepchnął piórko. Jak się okazało, użył do tego Meli Web. Ale przecież to on ma być bohaterem, nie Mela.
   Zemdlałam z emocji (jakież to romantyczne).

***

   Obudziłam się w białym miejscu. Nade mną stał brzydki blondyńczy ludzik, zapewne Dr. Oetker, tatuś Edka, a obok niego leżała na kozetce Dosia z proszku do prania i opakowania, jak żywa!
   -Co mi jest? Gdzie ja jestem? - zapytałam.
   -Po pierwsze, boli Cię głowa, po drugie: jesteś w szpitalu... - odparł Dr. Oetker.
   -Ale mnie wcale nie boli głowa - zaprotestowałam. Edek wziął kowadło.
   -Ależ boli - rzekł i walnął mnie kowadłem. I znów na Boga jedynego zemdlałam.

***

   Uświadomiłam sobie okrutną prawdę. Nike rysujący ufoludki? Jessica patrząca na mnie jak na ufoludka?! I jeszcze... Edek Kuternoga, który traktował mnie jak ufoludka na pierwszej biologii...
   AAUUUGHHHH!
   Byłam UFOLUDKIEM!
   Ale fajnie!
   Ale zaraz! Zapomniałam o Pamiętnikach z Azkabanu Nabiła Wykałaczki.
   No i co z tego? Co to ma do rzeczy?
o Jezusicku, moja świetna pamięć jest cudowna.
   Niech żyje wolność... Wyplułam wykałaczkę. Tak, to ta z wtedy, jak milion lat temu jadłam szaszłyki złożone z pomidorów, grzybów, grzybków halucynków, szpinaku, papryki, mojego taty, i zostawiłam pomidory, grzyby, grzybki halucynki szpinak i papryki, jedząc trochę tatuśka i całą wykałaczkę.
    I w tym czasie otworzyłam oczy, śniąc o grzybkach Halucynkach, zwanych grzybkami magicznymi, które mnie tak rozwaliły, że płakać mi się chce.
   Edek Kuternóżka siedział obok mnie, a zamiast okładu na czole miałam jego lodowato ciepłą rękę.
   Uśmiechał się do mnie oszałamiająco brzydko, szczerząc do mnie kły.
   -Hej królewno - zawołał. "No nie", pomyślałam, "wrócił koszmar pierwszego dnia". I zaraz dostanę plecaczek z Kenem, bo Barbie już wyszły do spa.
   I wtedy dostałam plecaczek z Kenem, bo jak mnie rąbnęło piórko to aż 1 milimetr wyleciałam w dół. Był taki niebieski, że aż różowy, pomyślałam o ufoludkach i promieniejąc śmiechem rozpłakałam się.
   -Łee! - zawyłam. Mój kolega z klasy stanął natychmiast na nogi i spojrzał na mnie pytająco.
   -Co Ci jest?
   -Ja chcę z piesskieem! - wykrzyczałam. Dostałam plecak z pieskiem. Uśmiechnęłam się tak brzydko, jak przystało na kosmitkę.
   -Nareszcie - wymruczałam i położyłam się wreszcie spać.
   Usłyszałam jeszcze tylko "Nareszcie" Kuternogi. Słowo było kierowane do Dr. Oetkera.

***

   No i znów obudziłam, tylko dlaczego 3 raz? A tak, bo byłam po morfinie, bo mnie ramię bolało z głową od piórka. Z jakim nadludzkim wysiłkiem Edek odepchnął piórko? Pudzianowski jaki, czy co?
   Leżałam we własnym różowym kojcu dla niemowląt, a w ustach miałam smoczek...
   -Charlie! Charlie! CHARLIE! NA GRZYBKI HALUCYNKI CHOOODŹ TU - zapiszczałam.
   Przyszedł natychmiast, a od progu spojrzał na mnie z czułością. Zaserwował mi frugo, hity i herbatniki i poszedł spać.

wtorek, 6 marca 2012

Rozdział 1: Nowa szkoła i moje kolejne samobójstwo.

   Mojemu bratu Mariuszowi, przez którego śmieję się do łez :D

   Wycieczka była długa... Idąc z tramwaju, z dworca kolejowego w stronę Charliego, zastanawiałam się, czemu musiałam się przenosić z Azkabanu do Norks. "A, tak", przypomniałam sobie, "Bo chciałam".
   -Cześć, królewno - zawołał. Przejechałam dłonią po twarzy.
   -Tato - jęknęłam. Uśmiechnął się.
   -A co, wolisz per "królewicz"?
   Westchnęłam. "Dobrze, że jest lepiej niż z Lenką, która ciągle popełniała samobójstwo, a jej ulubioną książką jest  » Jak skutecznie się zabić", pomyślałam. Podjechaliśmy do domu karetką. "Rezydencja" była identyczna do tej, którą zapamiętałam. Różowa w białe króliczki. Na podjeździe stał wóz strażacki wypełniony zwłokami. Zerknęłam niepewnie na Charliego.
   -Ach, to prezent od Williego Łąki. Pamiętasz jego syna, Szejkoba? Zapłaciłem tylko 70 milionów - wyprężył się w dumie.
   -Och, to miło - bąknęłam niepewnie.
   Dzień był długi. Poszłam spać o 6:00 następnego dnia, a obudziłam się o 6:02.
   -Wstawaj, śpioszku! Mam dla Ciebie prezent! - Charlie obudził mnie radośnie. Wymamrotałam coś w rodzaju "E?". Pokazał mi mały różowy plecaczek z Barbie.
   Spakowałam w niego książki i piórnik, zjadłam chlebak na śniadanie i podjechałam wozem strażackim pod szkołę. Była wielka, czerwona z żółtym napisem "Nauka jest głupia, ucz się!". Na podjeździe stały całkiem fajne wózki dla lalek. Podeszłam do recepcji, gdzie pani Cofe dała mi plan lekcji, poplamiony  kawą. Z tego co pisało na planie, miałam jako pierwszą lekcję hiszpański. Przyczepiła się do mnie niejaka Jessica Alba.
   -... I wiesz, grałam w Małych Agentach - rechotała.
   -Taa? Super - ziewnęłam po dwóch dobach gadania. Poszliśmy na hiszpański gdzie przez dwie godziny nauczyciel wyjaśniał nam, że "Señorita" znaczy... coś tam. Przed klasą czekał na mnie jakiś cherlawy blondynek.
   -Cześć! Jestem Nike Tyson! Ave firmie Nike'i! Wiesz, podobasz mi się! Wyjdziesz za mnie? - zapytał blondynek. Odsłonił bluzę i pokazał mi żebra, na których pisało: "Nike, Nike, Nike jest fajne!".
   -Och, e... Fajnie, jestem Wella Słoń - wyjąkałam. Wziął mnie za rękę.
   -A więc, Isawello... - zaczął.
   -Wello - powtórzyłam z naciskiem, tym samym przerywając mu.
   -Nieważne. Słuchaj! No więc będziesz w czarnej sukni, a ja w białym garniturze... - znów zaczął. Walnęłam go patelnią.
   -To ważne! - warknęłam. -Nie wyjdę za ciebie, Tyson!
   Jessica uśmiechnęła się i pociągnęła Nike'a za rękę.
   -No więc, mężusiu, chodźmy - wydukała.
   W tym samym czasie do stołówki weszła grupa olśniewająco brzydkich ludzi. Podszedł do mnie jeden z nich, miedziano-brzydko-włosy.
   -Cześć! Jestem Edek Kuternoga! Ta blondyna to moja...
   -Narzeczona!? - przerwałam mu.
   -Nie, siostra, Kosalie Hallo, w skrócie Kosa, znajomi na nią mówią Kosiarz. Ta czarna to moja...
   -Narzeczona?! - powtórzyłam.
   -Nie, siostra, Irys Kuternoga. Ten czarny to mój...
   -Narzeczony?!!
   -Nie, brat, Flet. Ten blondyn...
   -Chyba raczej narzeczony?
   -NIE!- ryknął Edek. -TO MÓJ BRAAT! TO DJ Jasp!
   -Aha. Kiedy ślub? - spytałam grzecznie. Popatrzył na mnie swoimi świńskimi oczkami, w kolorze białym.
   -NIGDY! PRZENIGDY (krzyknął Koszmarny Karolek)! - i trafił mnie z tosta w twarz. poczułam smak wędliny.
   -Hmm... To wiele wyjaśnia. Mogę być druhną? - zapytałam spokojnie.
   -NIEEE! DAJ MI SPOKÓJ!
   W tej chwili do stołówki wpadł pan Green Zielony, który był strasznie wkurzony.
   - Panie Kuternoga! Co to ma być! Idziesz mi po lekcjach doić kozy z nosa Eryka I to przez 3 doby! A teraz na biologię! Już, zmykajcie - ryknął. "Hmm, ale mi będzie smakowało", burknął Kuternoga.
   Biologia była straszna, bo Edek się obraził, że ja nie jestem z nim na szlabanie. Wszystko co tu robiliśmy, przerabiałam już w Azkabanie. Kiedy dzwonek zabrzmiał, Edek wyleciał jak z procy w kierunku schodów, upadł i zabił się. Nike Tyson zaś czekał na mnie przy drzwiach.
   -Hej, Isawello! Jak tam biologia? Co zrobiłaś Edkowi Kuternodze? Zagryzłaś go sztuczną szczęką od Pedigree? Właśnie myślałem czy nie wyjdziesz za mnie? I wiesz, mają się wzbić w niebo białe gołębie, kiedy my się zacmokamy! Możemy poćwiczyć? - gadał jak najęty. Albo wynajęty.
  -Nieprawda! Nic nie zrobiłam, nie mam psa tylko martwą od 100 lat wiewiórkę. Nie wyjdę za Ciebie, nie lubię gołębi, mam nadzieję, że któryś z tych ptaków Ci narobi na główkę, może odzyskasz rozum. Nie poćwiczymy! I  najważniejsze... - wyciągnęłam kuchenkę i trzasnęłam nią Nike'a. - NIE JESTEM ISAWELLA TYLKO WWWEEELLLAAA!! W e l l a! Sorka, ale patelnia jest w zmywaku.
   Odeszłam bardziej w stronę sali gimnastycznej, gdzie miałam mieć kolejną lekcję. Dołączyła się do mnie Jessica Alba, Mela Web, Eryk NewYork i Nike Tyson.
   Całą grę poruszałam się z gracją, przywalając piłkami od tenisa Nike'owi w głowę, przy czym zabiłam go 16 razy. Jess była zazdrosna, że to ja go zabiłam, a nie ona. Mela przyglądała się mi, trzymając głowę Eryka i zastanawiając się pod jakim kątem ją wybić.
   Następna lekcja, a był to angielski, odbywała się w sali nr. 1 800 001. Nauczyciel zmierzył mnie wzrokiem, a gdy zrozumiał, kim jestem, chwycił mnie za ramię i szarpnął na środek klasy.
   -A oto Isawella Słoń, to słoniątko Charliego (z) Fabryki Czekolady Willy'ego Łąki. Narzeczona Nike'a Tysona... To znaczy ukochana... - powiedział. Wyciągnęłam z torby poobijaną kuchenkę.
   -To dla mnie nikt - warknęłam i uderzyłam go. Potem przyjechała karetka bo miał zawał, ale to już inna historia. Na angielskim siedziałam z Nike'iem, który w zeszycie rysował ufoludki mające przedstawiać mnie i jego na zdjęciu ślubnym. Jakoś przetrzymałam też to, że starał się włożyć mi pierścionek zaręczynowy na palec.
   Po lekcjach poszłam do pani Cofe, która piła kawę, złożyć dokument od tego, że można mnie przejechać motorówką, który podpisał Charlie. Stwierdziła, że mają też tu prom, więc obawiać się nie muszę.
   Parking był prawie pusty, stał tylko Kuternoga z Kosiarzem, Irys, DJ Jaspem i Fletem. Popatrzył na mnie, i przez chwilę mi się wydaje że pije białe frugo, to obrzydlistwo. A oprócz tego oczy miał czerwone, ale to nic, bo jak można pić BIAŁE FRUGO?!
   -Cześć - mruknęłam do niego, a Flet spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Trzymał w ręku pomarańczowe frugo. Och, już mi lepiej. Irys pociągnęła DJ Jaspa za ramię i wsiedli do olbrzymiego promu na końcu parkingu.

***
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po ściągnięciu w domu kurtki z Bratza, to sprawdzenie skrzynki mailowej. Jedenaście (milionów) wiadomości zawierało treść: "Wello odpowiedz!" i było od Lenki. Tylko jedna, jedyna, maleńka wiadomość od mamy zawierała coś konkretnego.
Witaj Wello!
Feel dostał się do zespołu Feel i razem z Kupichą obmyślają tekst nowej piosenki - Jak Biebera głos. Strasznie nudno bez od niego, ale ja - Lenka Show, znana z piosenek The Show i Trouble is a Friend, zaręczam Ci, że przeczytałam już tysięczny poradnik "Jak porządnie się zabić", i myślę nad tym, jak porządnie się zabić :) Co tam u Ciebie? Czy Charlie wreszcie stracił pracę? Czy masz już chłopaka? Dlaczego nie odpiszesz mi na wiadomość sprzed 200 lat? Czekam na to 300 lat! Odpisz mi natychmiast, Wello! Pozdrawiam, Lenka.


Odpisałam więc jej:


Cześć mamuśka!
Nie stracił pracy, nie mam chłopaka. Kasnęłam sobie e-maila, od tak dla żartów. Odpisałam...
Pozdrowienia od Welli.


Uśmiechnęłam się do siebie i kliknęłam "Wyślij". To by było na tyle. Nastawiłam makaron na kuchenkę i poszłam spać, nie czekając na Charliego. Oczywiście potem wybuchł pożar i spłonęłam, ale co z tego?