poniedziałek, 29 października 2012

Rozdział 5: Le Bush

Kiedy w końcu zgodziłam się z Charliem, że fajnie byłoby się utopić koło klifu z Le Bush, około godziny 28. po południu zadzwoniłam do Nike'a i powiedziałam:
- No cóż, to jadę.
Nike ryknął szaleńczym chichotem.
- Co jest? - zmarszczyłam czoło.
- Nic, nic. Okej, o 31:66 przyjedzie po ciebie moja mama, okej? - odparł Nike Tyson.
- No.
I tyle. Zadzwoniłam też do Edka, by go powiadomić, że jadę się zabić.
Zza firanki dobiegł mnie jakiś dźwięk, taki sam, jak dzwonek w telefonie Kuternogi.
- O kurczę!!! Zadzwoniła do mnie!
Zdumiałam się z komórką przy uchu.
- Cześć! - usłyszałam w komórce. - Co jest, Wello?
- Jadę do Le Bush - odrzekłam. - Co robisz za firanką?
- Za firanką? Za jaką firanką? To to nie są drzwi? Hmm.

***
Kontener Tyson w końcu przyjechała.
- NO! NARESZCIE! SPÓŹNIŁAŚ SIĘ O ĆWIERĆ POŁOWY PIKOSEKUNDY! - powitałam ją grzecznie.
Nie skomentowała tego.
Kontener od razu zawiozła mnie swoim gruchotem do Le Bush. No bo czymże było jej ferrari w porównaniu do chociażby trabanta?
- Cześć, Wello! - powitał mnie Nike. Tajemniczo się uśmiechał.
Obok niego, na przewalonej wykałaczce, siedział Papa Smerf Hardrockowiec i gapił się na swój tatuaż z różowym Słodkorożcem, a po jego drugiej stronie stał Różowy Koń.
- Witaj, ma zacna dziewojo, chętnie bym dla ciebie zagrał, albowiem cieszę się z twojej wizyty w naszym szlachetnym świecie, lecz brak mi mojego trójkąta... - zaczął Papa Smerf.
- Cześć, Wello, co tam u ciebie? - dociekał Różowy Koń.
- To moja Wella! - oburzył się Nike.
"Zatkaj się sianem, Nike", pomyślałam.
Po chwili Nike wyszedł sprzed ogniska, krztusząc się sianem.
- Isawella? Isawella Słoń? - zapytał jakiś murzyn z rezerwatu.
- A ty to kto? - warknęłam.
- E no, Isawello, to ja, Shakeob! Syn Willy'ego Łąki! - bronił się murzyn.
- Aha, cześć, Shake.
Shakeob zaproponował, byśmy poszli na spacer. Zgodziłam się, a jakże, no bo co, to w końcu kolega szefa mojego rodzica, czyż nie?
Kiedy znaleźliśmy się poza ogniskiem, Shake się ożywił.
- No, co tam u ciebie?
- Myślę, jak się zabić - odparłam.
- Aha. Trzymam kciuki.
- Dzięki.
- To Kuternodzy nie przyjechali? - zapytał Shakeob.
- No nie - rzekłam.
Booo kiedy Wella za Shake'a wyjdzie,
Edek Kuternoga na ślub nie przyjdzie.
Drużbą być nie chceee,
nie chce mu sięęę!!!  
- zanucił ponuro Papa Smerf, wyskakując zza krzaka. - Jej, ja to mam rytm.
- Weź, człeku, to jest, Smerfie, nie szalej - rzekł Mój Przyjaciel Murzyn.
- Młody człowieku, ty nic nie rozumiesz! - odrzekł Hardrockowiec.
- A co tu trzeba rozumieć?
- Grzybki Halucynki wymarły - powiedział grobowym tonem Papa Smerf.
- Buu. To koszmar!!! - zaryczałam.
- I ja popieram twój żal, ma zacna dziewojo.
I Shakeob wykopał go za krzaki.
- A dlaczego Edek nie przyjechał? - chciałam wiedzieć.
- No, gdyż to... Wello, chcesz usłyszeć STRASZNĄ BAŚŃ?!
- Baśń? No, lubię horrory, więc tak.
- Dawno, dawno temu, w Zasiedmiogórogrodzie, żyły sobie Muminki. I Wielki Muminek. Miał na imię Khaka-Taki. Na jego ziemiach pojawiła się istota brzydka, zimna i miękka jak jajko na miękko. Chciała, by Khaka-Taki go nie atakował. Był to Zimny Ufoludek. Zjadł wilkołaki, bo nim był Khaka-Taki Koniec! - powiedział zadowolony z siebie.
- Haha, straszne.
- No dobra, idziemy. W ognisko. A potem możesz iść popełnić samobójstwo. Pożyczę ci stryczek.
Kiedy znaleźliśmy się nad ogniskiem, Shake przyklęknął.
- Wello! Wyjdź za mnie - i zaraz podskoczył, bo klęknął na szpilce.
- No, to moja Wella! Wello, idziemy! - zawołał oburzony Nike i pociągnął mnie za rękę. Za wydmami stał Edek, DJ Zaspa, Czerwona Zebra i RicoZMadagaskaru (czytaj: Rico-Który-Jest-Szaleńcem-Który-Wypluwa-Tiry-I-Szpanuje-Chodzeniem-Z-Laleczką, czyli po prostu Rico).
- Niechaj nam wszystkim cośtam, cośtam. Zebraliśmy się tutaj, by połączyć, ple, ple, ple (czytaj: 6 godzin później). Isawello Słonico, czy zechcesz wyjść za Nike'a Tysona?
- NIE! NIGDY, PRZENIGDY WY MURZYNI! - wrzasnęłam.
- Rasistka - skomentował Shake.
- Ale dlaczego? - powiedział zasmucony pan młody.
- Młody człowieku, przecież widzisz, że ta zacna dziewoja nie chce za ciebie wyjść, albowiem jej szlachetne serce należy do kogoś innego - wyjaśnił znużonym i ponurym głosem Papa Smerf.
- Ależ, ona chce coś powiedzieć - zawołał różowo Różowy Koń.
- Tutututuu! - zanucił złowieszczym szeptem Rico.
- Ja chcę tylko oznajmić, że nie wyjdę za Nike'a, bo grzybki halucynki wymierają - pożaliłam się.
- Tutututuu!
- Nie wymierają! - uświadomiła mi dumna Czerwona Zebra.
- Spadaj, Przymiotniku! - warknął Shake. - Jeśli Wella nie wyjdzie za Tysona z powodu halucynków, to wymierają, bo Shakeob tak mówi!
Wyciągnął kanapkę z kaptura. Była... o nie, była z...
- GRZYBKI HALUCYNKI! MORDERCA GRZYBKÓW HALUCYNKÓW! - szczeknęłam.
I zemdlałam, ale to jest fajne!
- Tutututuu! - zawołał Rico.
- Uuu! Ile spałam? - zapytałam.
- SPAŁAM?! - zawołali wszyscy chórem.
- Noo. Śnił mi się pawian, który chciał, byłbym za niego wyszła. O, był podobny do ciebie - nieprzytomnie wskazałam na Nike'a.
- TUTUTUU! - zaryczał Rico.
- Rico, zamknij się - poprosiłam.
- Ale za to mi Nicklodeon zapłacił. Ćwiczę rolę. Okej? - wychrypiał niezrozumiale Pingwopodobnychrypacz.
- R i c o.  M ó w  w o l n i e j - rzekł Przymiotnik.
- Cwicę lolę - wytentegował Wymiotnik.
- A ma zacna osoba jest szlachetna i piękna - rzekł Hardrockowiec.
Ze względu na mnie pojechaliśmy już do domów, więc wsiadłam do auta Edka wraz z Papą Smerfem, Czerwoną Zebrą i Różowym Koniem.

***
- O, jesteś już Wells. Jak tam? - zapytał Charlie gdy wybiłam okno i wrzuciłam kamieni do garnka.
- A dobrze, spaliłam się a potem utopiłam... - zaczęłam wyliczać.
- Ojej, a ognisko nie ucierpiało? - zatroszczył się.
- Jesteś bardzo nadopiekuńczą mamą - skomentowałam. - Mama kwoka.
- Kokoko - zadowcipkował. - Spadaj do garów.
- Muuuszę?
- Tak. Sio.
Upiekłam kamieni, dodałam liścia i położyłam przed moją mamą na stole.
- Co to?! - zdziwił się Charlie.
- Ziemniaki by Słoniątko plus liść marynowany w błocie. Smacznego! - uśmiechnęłam się.
- Ale to trzeba przyprawić...
- No dobra - wkurzyłam się. Wzięłam talerz, wrzuciłam kamienie i liścia do garnka, dodałam żwir, ziemię i korę drzewa, pomieszałam, odtańczyłam taniec vodoo, odśpiewałam Bogurodzicę, zatańczyłam kankana i wymiksowałam. Oddałam Charliemu kolację.
- Enjoy!? - rzekłam wesoło.
- Eigentlish toll.
- To spoko. Bon Appetit.
- U, znaczy ruska kuchnia! - zawołał szczęśliwy.
- Czy ma zacna, aczkolwiek zasmucona, osoba, może zjeść z wami te zacne śniadanie? - zapytał Papa Smerf.
- Oczywiście!
DiDin! - zabuczał komputer. E-mail od Lenki!

Wello!
To miło, że zabiłaś krasnoludki, takie dziś kreatury chodzą po świecie... Kupiłam ci Bobivitę, wyślę ją e-mailem! (6 godzin później...) Jak było w Le Bush? Doprawdy, powinni wyciąć ten busz z powierzchni ziemi!
Lenka.

Nastukałam trochę w klawiaturę i wysłałam takiego e-maila:

Tato!
To są lasy tropikalne.
Wellinka. 



sobota, 27 października 2012

Rozdział 4: Teorie

Brak weny to moje drugie imię. Pseplasam D:
***

Edek następnego dnia wziął mnie na przejażdżkę do Transylwanii.
- No, to kim jesteś?
- Wypchaj się sokiem burakowym, Wello - rzekł uprzejmie.
Obrażonym wzrokiem przeniosłam wzrok na stumetrową choinkę, którą podniósł metrowy olbrzym.
- Fantastyczna kraina, nieprawdaż? - zapytałam, wskazując na sześciometrowego karła.
A Edzio wziął sok burakowy i wepchnął mi go do gardła. Smakował... cytrynowo.
- To kraina jedno i słodkorożców - warknął.
- Aha! A co to jedno?
I wyleciałam do wulkanu. Jadąc dalej z Edkiem samochodem, zauważyłam różowego konia.
- Cześć - powiedział. - Jestem metamorfomagiem i usnąłem sobie na ziarnku grochu - pochwalił się różowy koń.
- Cześć, brzydki zadzie konia.
- Czemu jesteś taka niemiła?! - uraził się różowy koń. - Ja jestem miły - rzekł różowy koń. - I nie powtarzaj ciągle czytelnikom "różowy koń". Zastąp to epitetem "różowy koń". Jestem kucykiem My Little Pony i jestem różowym koniem - powiedział Różowy Koń.
Westchnęłam i wzięłam Edka do ręki.
- Zostaw mnie! - zawołał i uderzył różowego konia Różową Fabryką Różowych Słodkorożców.
Papa Smerf wyskoczył nagle zza krzaków.
Hej, smarkacze, jeśli chcecie, zwiedzić muminków świat, na słodkorożca dziś zapraszam was! I se tam iPod'y włączcie, gaz podkręćcie i polejcie, benzyną jak to tutaj jeest! Uwaga, smarkule, zbliża się niebezpieczeństwo! Kryjcie się, bo to...MUMINEK! Kto się boi Papy Smerfa, niechaj zaraz idzie cośtam..., bo to lekarstwo dla tych, co nie lubią spać.
- Nikt cię tu nie potrzebuje, Papo Smerfie - zauważył Różowy Koń. Wytrzeszczyłam oczy.
- Edek, znasz to coś?
- To różowe w niebieskie kropki? A skądże.
- Mówicie o moim zadzie!? - obruszył się Różowy Koń. - To smerfastyczna wysypka.
Rzuciłam mu piorunujące spojrzenie, i Koń się zatkał litrem siana.
- Ojej, Wello. Mówi się kilogramem! Kilogramem soku burakowego! - rzekł Edek. Zerknęłam na niego przerażona.
- Czytasz mi w myślach?!
- Ojej, Wello, ty nic nie rozumiesz. Ty jesteś wyjątkiem i tobie nie potrafię - pouczył mnie.
- Aha. No dobra. No trudno.
- A co, chciałabyś?
- Nie.
- Aha.
Fajna rozmowa.
- Ej, a wiecie że znam takiego jednego chrapaka skrętokiszkowatego?! - krzyknął Różowy Koń.
- Mówi się chrapaka krętorogiego - warknął Papa Smerf.
- Bronię teorii Ronalda Gwizleja - obruszył się Różowy Koń.
- Wello, gdzie mój samochód? - zapytał Edek.
- Na suficie - powiedziałam i wskazałam na słońce.
- Tralalala - zanucił Papa Smerf. - Jestem muzykiem hardrockowym.
No i faktycznie na takiego wyglądał.
Miał niebieską skórę z różowymi kropkami, tatuaż ze słodkorożcem na ramieniu, pieszczochy na nadgarstkach i obrożę na szyi. Ze ćwiekami. Nosił czarne spodnie w czerwone serduszka i czapeczkę tego samego koloru.
- Wow - skomentował Edek. - Ale ja i Wella musimy już iść gdyż nasz wózek czeka.
- Jaki wózek? - uniosłam brew. Edek pokazał mi wózek, w którym byłam wożona jako dzieciaczek.
- O, nie! Ja i pan Hardrockowiec idziemy z wami - zaprotestował Różowy Koń.
- Ej, skąd wiedziałeś, jak mam na nazwisko?! - warknął Papa Smerf. - Życie me jest bezsensowne, albowiem ty mi je rujnujesz, mój mały nieprzyjacielu!
I dał mu z kopyta.
Tymczasem Edek zapakował nas do wózka, to jest to naszej bryki.
- Pożyczę ci ją na ślub - obiecał.
- Jaki ślub?
- No, twój z Nike'em! Przecież mówi, że poprosiłaś go o nogę...
- Nieprawda! Skąpisz tylko sobie i DJ Zaspie - oskarżyłam go.
- Nieprawda...
I pojechaliśmy wesoło w rytm hardrockowych pojękiwań pana Hardrockowca.

***
- No, więc zostałeś porzucony przez swoją mamę... ple, ple, ple (czytaj: 5 godzin później). Późnej Dr Oetker stworzył z ciebie bezmyślnego wampira! - powiedziałam.
- Skąd to wiesz? - zapytał Edek.
- Z blogu Stephanie Meyer, a skąd? Tylko kto to ta cała Bella?
- Nieprawda to. Kłamstwo. Oszczerstwo. Rujnujesz mą reputację. Jestem BARDZO BEZMYŚLNY, kupo sadła.
- Nie martw się, ma szlachetna przyjaciółko, gdyż ten kłamliwy robal mówi oszczerstwa. Twój przyjaciel Shakeob potwierdzi te teorie - rzekł pocieszająco Papa Smerf.
- Aha, a potem zamieszkacie w krainie Słodkorożców! - dodał Różowy Koń.
- Szczęśliwie nieszczęśliwe zakończenie - rzekł znów Hardrockowiec.
- Co to za różowe kropki na twym ciele, Dziworockowcu?! - zapytał zgryźliwie Różowy Koń.
- Rasista wstrętny, oto, co przejawia Pismo.
- A więc ugryzł cię Słodkorożec - osądziłam Edka.
DRYŃ, DRYŃ, DRYŃ!
Zadzwonił telefon Edka.
- O, to DJ Zaspa!
- Ach, daj na głośnik - poprosiłam.
- Czeeeść, Edeeek. Cooo tam u ciebieee? Mam pilną sprawę, słuchaj, przygotowania do ślubu zostały zakończone.
- Bierzesz ślub z Edkiem?! - zapytałam zdumiona Zaspę.
- Kto tam?
- Puk, puk nie było - oburzył się Różowy Koń. Zignorowałam go.
- Wella Wściekła, do usług.
- Wella!? Ty nie na ślubie?!
- Czyim?
- No, twooooimm! - wyjaśnił Jazz.
"Z kim?", pomyślałam, i to samo rzekłam na głos.
- Z Nike'em Tysonem. Aha, Nike dodaje: AVE FIRMIE NIKE! Na ślub! I zmień status na Facebook'u. Z "wolny" na "w związku".
- Zawodowym?
- Nie, z Nike'em!
Rzuciłam telefonem Edka o Edka. Roztrzaskał się.
- Ej, to kosztowało aż 2 grosze! - krzyknął zły Edek.
- Ta dziewoja ma prawo protestować, młody maminsynku matki muminka. Jak mogłeś przygotować ślub bez jej wiedzy? - zaoponował Papa Smerf.
- No smerfastycznie. Hardrockowiec znów mnie wyprzedził - westchnął Różowy Koń i siorbnął koktajl ze Smerfów.

czwartek, 25 października 2012

Rozdział 3: Grupy krwi.

Kochanemu Odi'emu, mojemu ulubionemu psiemu kumplowi, za to, że jest, wspiera mnie i rozbawia do łez. Kocham Cię, Odisiu ♥

   Nic się nie działo... nic... - to sobie wmawiałam od rana. Nawet nie musiałam, nic się nie działo. No oprócz tego, że: Nike mi się oświadczył po raz 100 i chce to uczcić, oświadczając się w kawiarenkach.
   Muller Krowa męczył mnie, czy pocałuję go na wybaczenie.
   Jessica Alba była zazdrosna, że Nike to MI się oświadcza.
   Mela Web i Eryk pisali historię mojego życia, podczas gdy Edek mnie ignorował. Lenka dowiedziała się o wypadku i przysłała mi maila.

Wello!
Czy wszystko gra? Nie? To w porządku! Mam nadzieję, że Cię bolało! Moja krew. Lenka.

Odpisałam jej następująco:

Hej, mamo!
Nic mi nie jest ;) Wiem, że cię to przeraża, ale nic mi się nie stało! Wella.

Pewnie Charlie jej wszystko powiedział...
   Teraz chłopacy łażą za mną jak psy. Nike, na przykład, zaprosił mnie na jeden ze szkolnych bali. W jego lad poszedł Krowa (a może poszła?), Eryk i Haustin Larks. Do tego planowali wyjazd nad morze w Le Bush.
   -Musisz tam iść! Będzie nasz ślub, i pocałujesz mnie... - gadał Nike Tyson. Dałam mu w twarz i z morderczą miną powiedziałam:
   -Chętnie...
   -Ach! To cudownie, to wspaniale! - zawył.
   -Ale nie z tobą - dokończyłam. Uśmiechnął się i poszedł rysować zaproszenie na ślub.
   Edek i Kosiarz... A, przepraszam, tak mówią na nią tylko przyjaciele, KOSIARKA, przyglądali się tej scenie z mrocznym uśmiechem. Brzydula popatrzyła na Nike'a z nożami w oczach. No tak, jeśli ma ostrze w oczach, to łatwo kosi trawę... Na lekcji matematyki omawialiśmy sprawę wyjazdu do Le Bush, którą organizowała Kontener Tyson ze synem, Nike'm oczywiście. Mela przysiadła się do stolika Lenia Honey'a, i to dosłownie, bo aż się rozpadł.
   -Wello, nie chcę o tym gadać - warczał Kuternoga za każdym razem, gdy go spytałam, dlaczego nie chce pić soku malinowego. Odmawiałam chłopakom zapraszającym mnie na różne bale, dawając im kosza w kolorze pomarańczowym w białe kropki. Mell i Jess zaprosiły mnie na wybór sukienek do Kupon Angeli.
   Przed pierwszą lekcją dowiedziałam się, że Edek chce iść na wagary.
   -Czasem trza odpocząć od lekcji - powiedział, uśmiechając się.
   Biologia, o zgrozo, znów była moją pierwszą lekcją. Pan Lament czekał na mnie ze stoperem, a potem oświadczył, że pobiłam Rekord Guinessa, ponieważ spóźniłam się o ćwierć milisekundy na lekcję.
   Nike siedział, spoglądając na mnie z szerokim uśmiechem. Przez 1 setną ćwierci ćwiartki milisekundy wydawało mi się, że widziałam długie do ziemi brodawki. Wytrzeszczyłam oczy, aż mi wypadły. Podniosłam je i wetknęłam we właściwe miejsca. Pamiętając o tym, że już raz się obluzowały, i że mogą to jeszcze raz zrobić, rozdziawiłam usta.
   -Wello - skarcił mnie Tyson. - Muchy ci wlecą do ust.
   Zrozumiałam, o co mu chodzi, i, zielona na twarzy, zamknęłam wargi. Gdy tylko jedna warga zetknęła się z moją drugą wargą, usłyszałam lament pana Lamenta. Wykuł igłą na twarzy Nike'a napis: "Lamenty są fajne!", a z tego napisu pobrał strużkę krwi.
   -Pomyślałem, że skoro grasują tu mordercy żądni waszej krwi, lepiej im powiedzieć, jaką grupę mieliście - wyjaśnił.
   -Ale ja znaaam swą grupę krwiii - zaryczałam. - To LHK AGIWG FA+ minus cośtam. NIEDOBRZE MI, okeej?
   -Panie Tyson! Proszę zawieźć pannę Słoń do psychiatryka, jest na 111 piętrze - zawołał Lament. Zemdlałam. Chyba... Ale wszystko czułam i słyszałam.
   Poczułam spocone dłonie Tysona pod pachami, jak tarzał mnie po podłodze. Nagle coś z marmuru zderzyło się z nami. Kuternoga. Zdenerwowany, odepchnął Nike'a i wziął mnie na barana.
   -Ale... - protestował Nike.
   -Ale to ja ją zaniosę - odciął się Edek i poszedł do pani Cofe. Od razu wiedziała, co zrobić... A potem Eduś zwolnił mnie z WF'u i siedzieliśmy w jego aucie.
   -Opowiedz mi coś o sobie - szepnęłam. -Kim jesteś? Nie mogłeś tu tak szybko dotrzeć, nie mogłeś odepchnąć piórka...
   -Nie. Powiedz swoje sugestie.
   -Ugryzł Cię radioaktywny pająk.
   -Nie - powiedział, i wtedy zamachnęłam się tostem.
   -UGRYZŁ! UGRYZŁ I JUŻ - wykrzyknęłam.
   -Nie! - wrzasnął. - Nie rzucaj we mnie gorącym, wiedźmo!!! Tylko nie GORĄCYM! - a potem wyciągnął fabrykę firmy Wella i wrzucił mi ją za kołnierz. Ale, widząc, że nie działa na mnie, zmienił napis na niej z "Wella" na "Fabryka czekolady Willy'ego Łąki".
   Wtedy zawołałam:
   - Charlie!!! Nie, zatrujesz się!
   Wyciągnęłam kawałek patyka z nosa trolla.
   - Accio Charlie. I fabryka też.
   I wtenczas poczułam coś na twarzy. Edek uderzył mnie prawym sierpowym i złapał tę fabrykę (ale jak ona się zmieściła w szkole? No nie wiem). A Charliego zostawił na pastwę orki, to jest pani Cafe.
   Szczęka mi wypadła z nawiasów.

***
   Trafiłam do Dr Oetkera, który poczęstował mnie Kaczorem Donaldem nadziewanym Dosią.
   Zemdlałam.

***
   Din, din!
   Zabuczał mi komputer.
   E-mail od Lenki.
   "No fajnie, Lenka, co tam nowego? Feel znowu złamał 50 żeber, aha, u kaloryfera!", pomyślałam.
   Wbiłam wzrok w ekran monitora..

Wello!
Bla, bla, bla. A to tylko po to, by zapełnić wiadomość. Niech czytelnicy myślą, że  coś się dzieje, no nie? Odpowiadam przecież za twój niewerbalny przekaz. Wplątałaś mnie w to. A co to niewerbalny przekaz? To jakaś choroba? Słuchaj, moje (nie)kochane dzieciątko. Masz jutro pocałować Edka Kuternogę. Czytałam to w książce "Zmierzch" autorstwa Stephanie Meyer! Polecam! :D
Lenka.
   Fajnie.

czwartek, 8 marca 2012

Rozdział 2: Niesamowite nieodepchnięcie piórka

   Dla grzybków halucynków, które na zawsze przywracają mi humor, nie mówiąc już o czymś tam :*

    Następny dzień też nie był jakiś superowy... Tylko spadłam z 10 piętra i utopiłam się w wannie, nic a nic nowego. Spakowałam się znów w plecaczek z Barbie, który dostałam od Charliego. Spał tak słodko... Tylko strasznie ślinił kciuka, więc dałam mu różowy smoczek. Gdyby nie to, że ze szkoły słychać jego chrapanie, to pomyślałabym, że jednak zjadł ten nieszczęsny makaron z wczoraj. Na śniadanie wzięłam mleko matki od Bobovity, czy jak to się pisze, a do szkoły spakowałam parę rzeczy z firmy BoboFrut.

***
   Dzień był dość pochmurny na płacz i zbyt słoneczny na płacz... Chwila! Coś chyba pomyliłam! Nieważne.
   Parking był już zapełniony autami, tak że auto Eryka NewYorka wywaliłam do stawu, bym miała miejsce na moją gablotę. Zauważyłam, że Kuternogowie i państwo Hallo już sobie poszło na lekcję. Z tego co pamiętałam, a mam świetną pamięć... Chwila, który dzisiaj jest? Hmm... To biologię, moją setną lekcję w ty dniu w sali 10 tysięcy 2 miałam z Edkiem Kuternogą i Jessicą Albą.
   Jess caluśki czas gadała jak podpisuje autografy na papierze toaletowym.
   Nauczyciel spojrzał na nas surowo, bo, jak zwykle bywa w książkach, spóźniłam się na autobus. To znaczy... Nieważne... W ławce 9 kilometrów od tablicy siedział Edek. Ciekawe dlaczego tak blisko, bo przecież w klasie jest nas zaledwie 20. No tak, ale to była pierwsza ławka. Z uśmiechem przywołał mnie do siebie.
   Jessica spojrzała na mnie jak na ufoludka dużymi oczami mówiącymi: "To do Ciebie? Gustu nie ma".
   -Dzisiaj będziemy namierzać... Eee... A tak! Cykl komórkowy! Kto nie ma pary? Ach, Tyson, idź do Albanii... Eee... Alby. Kuternoga! Wprowadź Słonia do klatki... tematu - zagrzmiał nauczyciel.
   -Panie profesorze, ja już to przerabiałam...
   -Nie przeszkadzaj mu - upomniał mnie Edek. -To anafaza - oświadczył, spoglądając w teleskop.
   -Pozwolisz, że nie sprawdzę?
   -Jasne - powiedział. Spojrzałam w teleskop.
   -Anafaza - przyznałam. -A to metafaza - dodałam dumna z siebie. Nie sprawdził tego, ale przyznał mi rację.
   Potem on ustalił interfazę a ja pełnię księżyca i nów. Wychodząc z klasy jeszcze długo rozmawialiśmy, podczas gdy Nike planował nasz ślub. To znaczy Nike'a i mój.
   No i znowu, jak w każdym wypadku, parking był pełny. Muller Krowa stał parę ciężarówek dalej, popijając mullernik waniliowy, a tysiąc kilometrów dalej frugo popijał nie kto inny, jak... Różowa Pantera!
   Piła różowy napój firmy frugo, na nogach miała balerinki... A może glany?
   Pakując plecak do mojego wozu strażackiego... A może na odwrót? No, w każdym razie coś spakowałam do czegoś, nie zauważając Mullera, który skończył pić i wsiadł do ciężarówki po (pijaku). Wjechał we mnie, bo gdzieś wyczytał, że to musi zrobić!
   Następnie z tego, co nie pamiętam, Edek Kutek skoczył ku mnie i odepchnął piórko. Jak się okazało, użył do tego Meli Web. Ale przecież to on ma być bohaterem, nie Mela.
   Zemdlałam z emocji (jakież to romantyczne).

***

   Obudziłam się w białym miejscu. Nade mną stał brzydki blondyńczy ludzik, zapewne Dr. Oetker, tatuś Edka, a obok niego leżała na kozetce Dosia z proszku do prania i opakowania, jak żywa!
   -Co mi jest? Gdzie ja jestem? - zapytałam.
   -Po pierwsze, boli Cię głowa, po drugie: jesteś w szpitalu... - odparł Dr. Oetker.
   -Ale mnie wcale nie boli głowa - zaprotestowałam. Edek wziął kowadło.
   -Ależ boli - rzekł i walnął mnie kowadłem. I znów na Boga jedynego zemdlałam.

***

   Uświadomiłam sobie okrutną prawdę. Nike rysujący ufoludki? Jessica patrząca na mnie jak na ufoludka?! I jeszcze... Edek Kuternoga, który traktował mnie jak ufoludka na pierwszej biologii...
   AAUUUGHHHH!
   Byłam UFOLUDKIEM!
   Ale fajnie!
   Ale zaraz! Zapomniałam o Pamiętnikach z Azkabanu Nabiła Wykałaczki.
   No i co z tego? Co to ma do rzeczy?
o Jezusicku, moja świetna pamięć jest cudowna.
   Niech żyje wolność... Wyplułam wykałaczkę. Tak, to ta z wtedy, jak milion lat temu jadłam szaszłyki złożone z pomidorów, grzybów, grzybków halucynków, szpinaku, papryki, mojego taty, i zostawiłam pomidory, grzyby, grzybki halucynki szpinak i papryki, jedząc trochę tatuśka i całą wykałaczkę.
    I w tym czasie otworzyłam oczy, śniąc o grzybkach Halucynkach, zwanych grzybkami magicznymi, które mnie tak rozwaliły, że płakać mi się chce.
   Edek Kuternóżka siedział obok mnie, a zamiast okładu na czole miałam jego lodowato ciepłą rękę.
   Uśmiechał się do mnie oszałamiająco brzydko, szczerząc do mnie kły.
   -Hej królewno - zawołał. "No nie", pomyślałam, "wrócił koszmar pierwszego dnia". I zaraz dostanę plecaczek z Kenem, bo Barbie już wyszły do spa.
   I wtedy dostałam plecaczek z Kenem, bo jak mnie rąbnęło piórko to aż 1 milimetr wyleciałam w dół. Był taki niebieski, że aż różowy, pomyślałam o ufoludkach i promieniejąc śmiechem rozpłakałam się.
   -Łee! - zawyłam. Mój kolega z klasy stanął natychmiast na nogi i spojrzał na mnie pytająco.
   -Co Ci jest?
   -Ja chcę z piesskieem! - wykrzyczałam. Dostałam plecak z pieskiem. Uśmiechnęłam się tak brzydko, jak przystało na kosmitkę.
   -Nareszcie - wymruczałam i położyłam się wreszcie spać.
   Usłyszałam jeszcze tylko "Nareszcie" Kuternogi. Słowo było kierowane do Dr. Oetkera.

***

   No i znów obudziłam, tylko dlaczego 3 raz? A tak, bo byłam po morfinie, bo mnie ramię bolało z głową od piórka. Z jakim nadludzkim wysiłkiem Edek odepchnął piórko? Pudzianowski jaki, czy co?
   Leżałam we własnym różowym kojcu dla niemowląt, a w ustach miałam smoczek...
   -Charlie! Charlie! CHARLIE! NA GRZYBKI HALUCYNKI CHOOODŹ TU - zapiszczałam.
   Przyszedł natychmiast, a od progu spojrzał na mnie z czułością. Zaserwował mi frugo, hity i herbatniki i poszedł spać.

wtorek, 6 marca 2012

Rozdział 1: Nowa szkoła i moje kolejne samobójstwo.

   Mojemu bratu Mariuszowi, przez którego śmieję się do łez :D

   Wycieczka była długa... Idąc z tramwaju, z dworca kolejowego w stronę Charliego, zastanawiałam się, czemu musiałam się przenosić z Azkabanu do Norks. "A, tak", przypomniałam sobie, "Bo chciałam".
   -Cześć, królewno - zawołał. Przejechałam dłonią po twarzy.
   -Tato - jęknęłam. Uśmiechnął się.
   -A co, wolisz per "królewicz"?
   Westchnęłam. "Dobrze, że jest lepiej niż z Lenką, która ciągle popełniała samobójstwo, a jej ulubioną książką jest  » Jak skutecznie się zabić", pomyślałam. Podjechaliśmy do domu karetką. "Rezydencja" była identyczna do tej, którą zapamiętałam. Różowa w białe króliczki. Na podjeździe stał wóz strażacki wypełniony zwłokami. Zerknęłam niepewnie na Charliego.
   -Ach, to prezent od Williego Łąki. Pamiętasz jego syna, Szejkoba? Zapłaciłem tylko 70 milionów - wyprężył się w dumie.
   -Och, to miło - bąknęłam niepewnie.
   Dzień był długi. Poszłam spać o 6:00 następnego dnia, a obudziłam się o 6:02.
   -Wstawaj, śpioszku! Mam dla Ciebie prezent! - Charlie obudził mnie radośnie. Wymamrotałam coś w rodzaju "E?". Pokazał mi mały różowy plecaczek z Barbie.
   Spakowałam w niego książki i piórnik, zjadłam chlebak na śniadanie i podjechałam wozem strażackim pod szkołę. Była wielka, czerwona z żółtym napisem "Nauka jest głupia, ucz się!". Na podjeździe stały całkiem fajne wózki dla lalek. Podeszłam do recepcji, gdzie pani Cofe dała mi plan lekcji, poplamiony  kawą. Z tego co pisało na planie, miałam jako pierwszą lekcję hiszpański. Przyczepiła się do mnie niejaka Jessica Alba.
   -... I wiesz, grałam w Małych Agentach - rechotała.
   -Taa? Super - ziewnęłam po dwóch dobach gadania. Poszliśmy na hiszpański gdzie przez dwie godziny nauczyciel wyjaśniał nam, że "Señorita" znaczy... coś tam. Przed klasą czekał na mnie jakiś cherlawy blondynek.
   -Cześć! Jestem Nike Tyson! Ave firmie Nike'i! Wiesz, podobasz mi się! Wyjdziesz za mnie? - zapytał blondynek. Odsłonił bluzę i pokazał mi żebra, na których pisało: "Nike, Nike, Nike jest fajne!".
   -Och, e... Fajnie, jestem Wella Słoń - wyjąkałam. Wziął mnie za rękę.
   -A więc, Isawello... - zaczął.
   -Wello - powtórzyłam z naciskiem, tym samym przerywając mu.
   -Nieważne. Słuchaj! No więc będziesz w czarnej sukni, a ja w białym garniturze... - znów zaczął. Walnęłam go patelnią.
   -To ważne! - warknęłam. -Nie wyjdę za ciebie, Tyson!
   Jessica uśmiechnęła się i pociągnęła Nike'a za rękę.
   -No więc, mężusiu, chodźmy - wydukała.
   W tym samym czasie do stołówki weszła grupa olśniewająco brzydkich ludzi. Podszedł do mnie jeden z nich, miedziano-brzydko-włosy.
   -Cześć! Jestem Edek Kuternoga! Ta blondyna to moja...
   -Narzeczona!? - przerwałam mu.
   -Nie, siostra, Kosalie Hallo, w skrócie Kosa, znajomi na nią mówią Kosiarz. Ta czarna to moja...
   -Narzeczona?! - powtórzyłam.
   -Nie, siostra, Irys Kuternoga. Ten czarny to mój...
   -Narzeczony?!!
   -Nie, brat, Flet. Ten blondyn...
   -Chyba raczej narzeczony?
   -NIE!- ryknął Edek. -TO MÓJ BRAAT! TO DJ Jasp!
   -Aha. Kiedy ślub? - spytałam grzecznie. Popatrzył na mnie swoimi świńskimi oczkami, w kolorze białym.
   -NIGDY! PRZENIGDY (krzyknął Koszmarny Karolek)! - i trafił mnie z tosta w twarz. poczułam smak wędliny.
   -Hmm... To wiele wyjaśnia. Mogę być druhną? - zapytałam spokojnie.
   -NIEEE! DAJ MI SPOKÓJ!
   W tej chwili do stołówki wpadł pan Green Zielony, który był strasznie wkurzony.
   - Panie Kuternoga! Co to ma być! Idziesz mi po lekcjach doić kozy z nosa Eryka I to przez 3 doby! A teraz na biologię! Już, zmykajcie - ryknął. "Hmm, ale mi będzie smakowało", burknął Kuternoga.
   Biologia była straszna, bo Edek się obraził, że ja nie jestem z nim na szlabanie. Wszystko co tu robiliśmy, przerabiałam już w Azkabanie. Kiedy dzwonek zabrzmiał, Edek wyleciał jak z procy w kierunku schodów, upadł i zabił się. Nike Tyson zaś czekał na mnie przy drzwiach.
   -Hej, Isawello! Jak tam biologia? Co zrobiłaś Edkowi Kuternodze? Zagryzłaś go sztuczną szczęką od Pedigree? Właśnie myślałem czy nie wyjdziesz za mnie? I wiesz, mają się wzbić w niebo białe gołębie, kiedy my się zacmokamy! Możemy poćwiczyć? - gadał jak najęty. Albo wynajęty.
  -Nieprawda! Nic nie zrobiłam, nie mam psa tylko martwą od 100 lat wiewiórkę. Nie wyjdę za Ciebie, nie lubię gołębi, mam nadzieję, że któryś z tych ptaków Ci narobi na główkę, może odzyskasz rozum. Nie poćwiczymy! I  najważniejsze... - wyciągnęłam kuchenkę i trzasnęłam nią Nike'a. - NIE JESTEM ISAWELLA TYLKO WWWEEELLLAAA!! W e l l a! Sorka, ale patelnia jest w zmywaku.
   Odeszłam bardziej w stronę sali gimnastycznej, gdzie miałam mieć kolejną lekcję. Dołączyła się do mnie Jessica Alba, Mela Web, Eryk NewYork i Nike Tyson.
   Całą grę poruszałam się z gracją, przywalając piłkami od tenisa Nike'owi w głowę, przy czym zabiłam go 16 razy. Jess była zazdrosna, że to ja go zabiłam, a nie ona. Mela przyglądała się mi, trzymając głowę Eryka i zastanawiając się pod jakim kątem ją wybić.
   Następna lekcja, a był to angielski, odbywała się w sali nr. 1 800 001. Nauczyciel zmierzył mnie wzrokiem, a gdy zrozumiał, kim jestem, chwycił mnie za ramię i szarpnął na środek klasy.
   -A oto Isawella Słoń, to słoniątko Charliego (z) Fabryki Czekolady Willy'ego Łąki. Narzeczona Nike'a Tysona... To znaczy ukochana... - powiedział. Wyciągnęłam z torby poobijaną kuchenkę.
   -To dla mnie nikt - warknęłam i uderzyłam go. Potem przyjechała karetka bo miał zawał, ale to już inna historia. Na angielskim siedziałam z Nike'iem, który w zeszycie rysował ufoludki mające przedstawiać mnie i jego na zdjęciu ślubnym. Jakoś przetrzymałam też to, że starał się włożyć mi pierścionek zaręczynowy na palec.
   Po lekcjach poszłam do pani Cofe, która piła kawę, złożyć dokument od tego, że można mnie przejechać motorówką, który podpisał Charlie. Stwierdziła, że mają też tu prom, więc obawiać się nie muszę.
   Parking był prawie pusty, stał tylko Kuternoga z Kosiarzem, Irys, DJ Jaspem i Fletem. Popatrzył na mnie, i przez chwilę mi się wydaje że pije białe frugo, to obrzydlistwo. A oprócz tego oczy miał czerwone, ale to nic, bo jak można pić BIAŁE FRUGO?!
   -Cześć - mruknęłam do niego, a Flet spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Trzymał w ręku pomarańczowe frugo. Och, już mi lepiej. Irys pociągnęła DJ Jaspa za ramię i wsiedli do olbrzymiego promu na końcu parkingu.

***
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po ściągnięciu w domu kurtki z Bratza, to sprawdzenie skrzynki mailowej. Jedenaście (milionów) wiadomości zawierało treść: "Wello odpowiedz!" i było od Lenki. Tylko jedna, jedyna, maleńka wiadomość od mamy zawierała coś konkretnego.
Witaj Wello!
Feel dostał się do zespołu Feel i razem z Kupichą obmyślają tekst nowej piosenki - Jak Biebera głos. Strasznie nudno bez od niego, ale ja - Lenka Show, znana z piosenek The Show i Trouble is a Friend, zaręczam Ci, że przeczytałam już tysięczny poradnik "Jak porządnie się zabić", i myślę nad tym, jak porządnie się zabić :) Co tam u Ciebie? Czy Charlie wreszcie stracił pracę? Czy masz już chłopaka? Dlaczego nie odpiszesz mi na wiadomość sprzed 200 lat? Czekam na to 300 lat! Odpisz mi natychmiast, Wello! Pozdrawiam, Lenka.


Odpisałam więc jej:


Cześć mamuśka!
Nie stracił pracy, nie mam chłopaka. Kasnęłam sobie e-maila, od tak dla żartów. Odpisałam...
Pozdrowienia od Welli.


Uśmiechnęłam się do siebie i kliknęłam "Wyślij". To by było na tyle. Nastawiłam makaron na kuchenkę i poszłam spać, nie czekając na Charliego. Oczywiście potem wybuchł pożar i spłonęłam, ale co z tego?