- No cóż, to jadę.
Nike ryknął szaleńczym chichotem.
- Co jest? - zmarszczyłam czoło.
- Nic, nic. Okej, o 31:66 przyjedzie po ciebie moja mama, okej? - odparł Nike Tyson.
- No.
I tyle. Zadzwoniłam też do Edka, by go powiadomić, że jadę się zabić.
Zza firanki dobiegł mnie jakiś dźwięk, taki sam, jak dzwonek w telefonie Kuternogi.
- O kurczę!!! Zadzwoniła do mnie!
Zdumiałam się z komórką przy uchu.
- Cześć! - usłyszałam w komórce. - Co jest, Wello?
- Jadę do Le Bush - odrzekłam. - Co robisz za firanką?
- Za firanką? Za jaką firanką? To to nie są drzwi? Hmm.
***
Kontener Tyson w końcu przyjechała.
- NO! NARESZCIE! SPÓŹNIŁAŚ SIĘ O ĆWIERĆ POŁOWY PIKOSEKUNDY! - powitałam ją grzecznie.
Nie skomentowała tego.
Kontener od razu zawiozła mnie swoim gruchotem do Le Bush. No bo czymże było jej ferrari w porównaniu do chociażby trabanta?
- Cześć, Wello! - powitał mnie Nike. Tajemniczo się uśmiechał.
Obok niego, na przewalonej wykałaczce, siedział Papa Smerf Hardrockowiec i gapił się na swój tatuaż z różowym Słodkorożcem, a po jego drugiej stronie stał Różowy Koń.
- Witaj, ma zacna dziewojo, chętnie bym dla ciebie zagrał, albowiem cieszę się z twojej wizyty w naszym szlachetnym świecie, lecz brak mi mojego trójkąta... - zaczął Papa Smerf.
- Cześć, Wello, co tam u ciebie? - dociekał Różowy Koń.
- To moja Wella! - oburzył się Nike.
"Zatkaj się sianem, Nike", pomyślałam.
Po chwili Nike wyszedł sprzed ogniska, krztusząc się sianem.
- Isawella? Isawella Słoń? - zapytał jakiś murzyn z rezerwatu.
- A ty to kto? - warknęłam.
- E no, Isawello, to ja, Shakeob! Syn Willy'ego Łąki! - bronił się murzyn.
- Aha, cześć, Shake.
Shakeob zaproponował, byśmy poszli na spacer. Zgodziłam się, a jakże, no bo co, to w końcu kolega szefa mojego rodzica, czyż nie?
Kiedy znaleźliśmy się poza ogniskiem, Shake się ożywił.
- No, co tam u ciebie?
- Myślę, jak się zabić - odparłam.
- Aha. Trzymam kciuki.
- Dzięki.
- To Kuternodzy nie przyjechali? - zapytał Shakeob.
- No nie - rzekłam.
Booo kiedy Wella za Shake'a wyjdzie,- Weź, człeku, to jest, Smerfie, nie szalej - rzekł Mój Przyjaciel Murzyn.
Edek Kuternoga na ślub nie przyjdzie.
Drużbą być nie chceee,
nie chce mu sięęę!!! - zanucił ponuro Papa Smerf, wyskakując zza krzaka. - Jej, ja to mam rytm.
- Młody człowieku, ty nic nie rozumiesz! - odrzekł Hardrockowiec.
- A co tu trzeba rozumieć?
- Grzybki Halucynki wymarły - powiedział grobowym tonem Papa Smerf.
- Buu. To koszmar!!! - zaryczałam.
- I ja popieram twój żal, ma zacna dziewojo.
I Shakeob wykopał go za krzaki.
- A dlaczego Edek nie przyjechał? - chciałam wiedzieć.
- No, gdyż to... Wello, chcesz usłyszeć STRASZNĄ BAŚŃ?!
- Baśń? No, lubię horrory, więc tak.
- Dawno, dawno temu, w Zasiedmiogórogrodzie, żyły sobie Muminki. I Wielki Muminek. Miał na imię Khaka-Taki. Na jego ziemiach pojawiła się istota brzydka, zimna i miękka jak jajko na miękko. Chciała, by Khaka-Taki go nie atakował. Był to Zimny Ufoludek. Zjadł wilkołaki, bo nim był Khaka-Taki Koniec! - powiedział zadowolony z siebie.
- Haha, straszne.
- No dobra, idziemy. W ognisko. A potem możesz iść popełnić samobójstwo. Pożyczę ci stryczek.
Kiedy znaleźliśmy się nad ogniskiem, Shake przyklęknął.
- Wello! Wyjdź za mnie - i zaraz podskoczył, bo klęknął na szpilce.
- No, to moja Wella! Wello, idziemy! - zawołał oburzony Nike i pociągnął mnie za rękę. Za wydmami stał Edek, DJ Zaspa, Czerwona Zebra i RicoZMadagaskaru (czytaj: Rico-Który-Jest-Szaleńcem-Który-Wypluwa-Tiry-I-Szpanuje-Chodzeniem-Z-Laleczką, czyli po prostu Rico).
- Niechaj nam wszystkim cośtam, cośtam. Zebraliśmy się tutaj, by połączyć, ple, ple, ple (czytaj: 6 godzin później). Isawello Słonico, czy zechcesz wyjść za Nike'a Tysona?
- NIE! NIGDY, PRZENIGDY WY MURZYNI! - wrzasnęłam.
- Rasistka - skomentował Shake.
- Ale dlaczego? - powiedział zasmucony pan młody.
- Młody człowieku, przecież widzisz, że ta zacna dziewoja nie chce za ciebie wyjść, albowiem jej szlachetne serce należy do kogoś innego - wyjaśnił znużonym i ponurym głosem Papa Smerf.
- Ależ, ona chce coś powiedzieć - zawołał różowo Różowy Koń.
- Tutututuu! - zanucił złowieszczym szeptem Rico.
- Ja chcę tylko oznajmić, że nie wyjdę za Nike'a, bo grzybki halucynki wymierają - pożaliłam się.
- Tutututuu!
- Nie wymierają! - uświadomiła mi dumna Czerwona Zebra.
- Spadaj, Przymiotniku! - warknął Shake. - Jeśli Wella nie wyjdzie za Tysona z powodu halucynków, to wymierają, bo Shakeob tak mówi!
Wyciągnął kanapkę z kaptura. Była... o nie, była z...
- GRZYBKI HALUCYNKI! MORDERCA GRZYBKÓW HALUCYNKÓW! - szczeknęłam.
I zemdlałam, ale to jest fajne!
- Tutututuu! - zawołał Rico.
- Uuu! Ile spałam? - zapytałam.
- SPAŁAM?! - zawołali wszyscy chórem.
- Noo. Śnił mi się pawian, który chciał, byłbym za niego wyszła. O, był podobny do ciebie - nieprzytomnie wskazałam na Nike'a.
- TUTUTUU! - zaryczał Rico.
- Rico, zamknij się - poprosiłam.
- Ale za to mi Nicklodeon zapłacił. Ćwiczę rolę. Okej? - wychrypiał niezrozumiale Pingwopodobnychrypacz.
- R i c o. M ó w w o l n i e j - rzekł Przymiotnik.
- Cwicę lolę - wytentegował Wymiotnik.
- A ma zacna osoba jest szlachetna i piękna - rzekł Hardrockowiec.
Ze względu na mnie pojechaliśmy już do domów, więc wsiadłam do auta Edka wraz z Papą Smerfem, Czerwoną Zebrą i Różowym Koniem.
***
- O, jesteś już Wells. Jak tam? - zapytał Charlie gdy wybiłam okno i wrzuciłam kamieni do garnka.
- A dobrze, spaliłam się a potem utopiłam... - zaczęłam wyliczać.
- Ojej, a ognisko nie ucierpiało? - zatroszczył się.
- Jesteś bardzo nadopiekuńczą mamą - skomentowałam. - Mama kwoka.
- Kokoko - zadowcipkował. - Spadaj do garów.
- Muuuszę?
- Tak. Sio.
Upiekłam kamieni, dodałam liścia i położyłam przed moją mamą na stole.
- Co to?! - zdziwił się Charlie.
- Ziemniaki by Słoniątko plus liść marynowany w błocie. Smacznego! - uśmiechnęłam się.
- Ale to trzeba przyprawić...
- No dobra - wkurzyłam się. Wzięłam talerz, wrzuciłam kamienie i liścia do garnka, dodałam żwir, ziemię i korę drzewa, pomieszałam, odtańczyłam taniec vodoo, odśpiewałam Bogurodzicę, zatańczyłam kankana i wymiksowałam. Oddałam Charliemu kolację.
- Enjoy!? - rzekłam wesoło.
- Eigentlish toll.
- To spoko. Bon Appetit.
- U, znaczy ruska kuchnia! - zawołał szczęśliwy.
- Czy ma zacna, aczkolwiek zasmucona, osoba, może zjeść z wami te zacne śniadanie? - zapytał Papa Smerf.
- Oczywiście!
DiDin! - zabuczał komputer. E-mail od Lenki!
Wello!To miło, że zabiłaś krasnoludki, takie dziś kreatury chodzą po świecie... Kupiłam ci Bobivitę, wyślę ją e-mailem! (6 godzin później...) Jak było w Le Bush? Doprawdy, powinni wyciąć ten busz z powierzchni ziemi!
Lenka.
Nastukałam trochę w klawiaturę i wysłałam takiego e-maila:
Tato!
To są lasy tropikalne.
Wellinka.